|
Zapraszamy do przeczytania wywiadu ze Smalcem, który ukazał się w ostatnim (#26) numerze Pasażera. Wywiad można również pobrać w wersji pdf.
Pobierz artykuł: wywiad_gagazz.pdf
GA-GA / ZIELONE ŻABKI - Muzyka musi nieść świadomość
Za dzieciaka, w 1988 roku, byłem oczywiście pod wrażeniem „Kultury” czy „Listu do Andrzeja” Zielonych Żabek, których kolejne szlagiery (w tym wypadku to całkiem adekwatne słowo) nagrywałem sobie na magnetofon z Rozgłośni Harcerskiej. Fanem GA-GA oczywiście nie byłem, choć trzeba przyznać, że ich transmitowany na żywo przez telewizję koncert z Jarocina 1992, był wydarzeniem niebywałym, szokującym i niepowtarzalnym. Z kolei pierwszy Radical News zaskoczył o tyle, że pokazał zupełnie nową, scenową twarz Smalca, tak muzycznie jak i mentalnie. Zaś o kilka lat młodszy Radical News w wersji bitowej, to znów dowód jak nasz dzisiejszy bohater potrafił świetnie zaadoptować swoje mentalne emploi i punkowy światopogląd w ramach hip hopowego soundsystemu. Wspominam o tym gdyż w obecnych poczynaniach Smalca, w takiej czy innej formie, przewijają się wątki znane z jego poprzednich projektów, co zresztą anonsuje sam szyld pod jakim dziś występuje: GA-GA / Zielone Żabki. Zaś okazją do rozmowy jest nowa płyta tego projektu „Fakty i fikcje”. A ponieważ to rozmówca nie narzucający się z nachalną autopromocją, emanujący za to wrodzonym optymizmem i wdziękiem, o zadziwiająco ideowym kręgosłupie, więc z tym większą przyjemnością zapraszam na ten wywiad. (B)
- Kiedy ostatni raz wypowiadałeś się dla tego fanzina, mówiłeś, że wybierasz się do Szkocji. Faktycznie wyjechałeś? Jak Ci się powiodło na emigracji? - Tak, miałem taki epizod. Nawet się zastanawiałem czy tam nie zamieszkać na stałe, ale skończyło się na tym, że popracowałem kilka miesięcy i wróciłem. Zresztą jeszcze do niedawna co jakiś czas do Anglii wpadałem, ale zazwyczaj na krótko. Wtedy, kiedy o tej Szkocji poważnie myślałem, to był taki moment, że skład Radical News się właśnie rozchodził i nikt z nas nie miał kompletnie pieniędzy. Szukaliśmy jakichkolwiek możliwości. Skład Ga-Ga/Zielone Żabki też nie był jeszcze skonkretyzowany i też się opierał o ludzi z Radical News. Kiedy to wszystko się zaczęło rozjeżdżać myślałem o innych rejonach. - Ale nie spodobało Ci się w Szkocji? - Nie o to chodzi. Było spoko. Szkocja jest fajna. Ale poczułem jakoś, że tutaj jest moje miejsce. Zwłaszcza, że zanim wyjechałem pojawił się zalążek tego składu w jakim obecnie funkcjonujemy. Byliśmy na Sylwestra u znajomych i tam po raz pierwszy zagrałem z chłopakami, którzy kiedyś mieli zespół Rebels, a potem przemianowali się na Doomsday i grali grind core’a. Potem byłem 5 miesięcy w tej Szkocji, ale kiedy przyjechałem na wakacje, zagraliśmy na Woodstocku 2005 koncert w tym nowym składzie. I coś zaskoczyło. Ten skład się utrzymuje do tej pory. - To jest chyba ekipa trochę młodsza od Ciebie? - Trochę tak, ale to nie ma specjalnego znaczenia. Mieszkamy w tym samym mieście, znaliśmy się, oni nagrywali demówki w moim studio, w którym zresztą nagraliśmy teraz też naszą płytę „Fakty i fikcje”. - Skoro oni są z grind core’a to jak ich zmusiłeś, żeby grali reggae? - (śmiech) Nie zmusiłem. Oni sami zrobili kiedyś riddim do moich tekstów. To była prosta akcja „chcecie ze mną zagrać koncert?” - „jasne”. To punki po prostu. Mają dość szerokie zainteresowania muzyczne. Owszem, w pewien sposób uczyliśmy się grać reggae, choć akurat reggae całkiem fajnie wychodzi, kiedy się nie do końca umie je grać. Czasami żeby zrobić w zespole coś nowego wystarczy pozamieniać się instrumentami. Nie jesteśmy żadnymi rastamanami, ale jak widać można grać reggae wychodząc z grindocore’a.
- Ukazała się właśnie Twoja nowa płyta. Pierwszy nowy materiał od czasu Radical News Sound System sprzed 6 lat. To kawał czasu. Czemu tak rzadko wydajesz płyty? - Ja się przede wszystkim czuje niezależny. Niezależny do wszystkiego. Od regularności w wydawaniu płyt także. Nie wiem czy na pewno fajniej byłoby gdyby wydawał ich więcej. Kiedy czuje potrzebę to je robię - na tej zasadzie. A ostatnie lata przeżyłem bardzo fajne, w tym sensie, że miałem mnóstwo innych, ciekawych zajęć poza muzyką. Może gdybym tylko grał, nie spotkałoby mnie wiele innych sytuacji. Ja jednak cenię różnorodność w życiu. Nic na siłę przede wszystkim. Kiedy jest za dużo czegoś, to działa czasami ze szkodą dla muzyki. - Miałeś już kilka zespołów, które jednak trochę się różniły od siebie, czasami nawet dość mocno. Ale od pewnego czasu widzę, że je stopiłeś w jeden projekt. Czy to się stało nagle, jednego dnia Ci taki pomysł zaświtał, czy działo się to etapami? - Kiedy rozpadła się Ga-Ga, powstał skład który nazywał się Radical News. Zrobiliśmy taki materiał punkowo-hardcore’owy, który ukazał się wtedy na kasecie. Potem zrobiłem tę płytę, którą znamy jako pierwszą czyli Radical Sound System. A jakby po drodze tego wszystkiego zdarzało się, że kiedy graliśmy koncerty, ktoś prosił o jakieś kawałki Gaga czy Zielonych Żabek. Kiedy Melon wydał stary materiał Zielonych Żabek pt. „Lekcja historii”, zrobiliśmy małą reaktywacje tego zespołu. Nie był to taki 100% skład Zielonych Żabek, ale Mister, czyli gitarzysta pierwszego składu, jako współtwórca, grał na większości koncertów. To było oczywiście okazjonalne wydarzenie. Ale kiedy były te koncert Żabkowe, wiele osób upominało się też o kawałki Gaga. I odwrotnie, kiedy graliśmy jako Gaga, ludzie prosili o kawałki Żabek. W końcu więc powstał ten szyld Ga-Ga/Zielone Żabki. Nawet ze względów praktycznych to było udane. Zwłaszcza że i to punk rock i tamto punk rock i jednak te zespoły aż tak bardzo się stylowo nie różniły żeby coś bardzo zgrzytało. Wynikało to naturalnie i powoli. Cały czas grałem z różnymi ludźmi, cały czas te piosenki za mną chodziły. Miał na to wpływ też fakt, że u nas jest pewne konkretne środowisko, fajna, zgrana ekipa. Mamy ciekawe miejsce w którym możemy coś robić. Opuszczony zamek w centrum miasta. Nie jest to już skłot, a jeszcze nie jest dom kultury. Jest sporo miejsca do grania i to dobre tło dla przenikania się różnych rzeczy. - Wydaje mi się, że to mieszanie Twoich zespołów po raz pierwszy pojawiło się w wersji studyjnej na nowej płycie. Bo mam wrażenie, że tam jest i trochę kawałków które by mogły pasować do Gaga i jest coś weselszego w guście Zielonych Żabek, no i na koniec trochę reggae, które by się mogło kojarzyć z Radical News. - Może coś w tym jest?… Ale nie myślałem o tym w ten sposób. Po prostu zrobiliśmy muzykę. - Nie chciało ci się ciągnąć trzech zespołów, więc zrobiłeś jeden? - (śmiech) Wiesz co? Ja lubię płyty różnorodne. Słuchanie jednego krążka punkrockowego czasami mnie męczy. Lubię punk rocka, ale fajnie jest okrasić go czymś z innej bajki. Może jest w tym pewien zlepek kilku wątków, ale zrobiliśmy to nieświadomie. Generalnie na koncertach tak gramy. No i nie jest to aż tak ścisłe trzymanie się tych poprzednich konwencji. Akurat Radical News był jednak sound systemem, a tutaj z kolei idziemy w roots. To jest w ogóle moja ostatnia fascynacja. Mamy ten sam jeden, oszczędny skład, który potrafi jednak zagrać zarówno takie regujące rzeczy jak i punk rocka. Ale może faktycznie jest ta płyta takim zestawem epek? (śmiech)
- Czy piosenka „Pod MacDonaldem” z nowej płyty to nie jest przypadkiem ten sam kawałek który grały Zielone Żabki? - Tak, dokładnie. On nawet wyszedł na „Lekcji historii”. - A w nowej wersji przerobiliście go na reggae i jest chyba tekstowo rozbudowany? Mam racje? - Tekstowo akurat nie. Tekstowo jest identyczny, akurat w oryginale tekst leciał bardzo szybko, nie zważając na muzykę. Teraz inaczej zaaranżowaliśmy tę piosenkę, jest wolniejsza, no i lekko zdubowana. To jest taka wersja jaką gramy na koncertach. - Ciekaw jestem czy brałeś kiedyś udział w takiej demonstracji, która się skończyła rzucaniem kamieniami? - No właśnie to jest akurat autentyczny opis. Była taka demonstracja w Warszawie… Choć bardziej ją dziś pamiętam z tekstu niż z samej sytuacji, bo to jednak było dawno. Ale tak to wyglądało jak jest opisane w tekście. Więc wynika z tego, że brałem udział… Ale jest to też wynik różnych rozmów, zastanawiania się nad pewną drogą, nad tym jak trafiać do ludzi. I jak przeprowadzać tę rewolucję... - Nie wiem czy zwróciłeś uwagę, czy to tylko moje wrażenie, ale wydaje mi się że o ile 10-15 lat temu każdy punkowiec wiedział, że McDonalds to syf, tak teraz mało kto zwraca na to uwagę. - Dlatego pomyśleliśmy, że warto ten temat odświeżyć. A wiem, że ludzie słuchają tego kawałka… Pomyśleliśmy też, że trzeba odświeżyć dla tych którzy nie zwracają uwagi. A faktycznie jest tak jak mówisz… Choć w sumie zawsze tak było. Różni ci punkowcy zawsze byli. Niektórzy bardziej świadomi, a niektórzy z tych co tylko zakładają skóry i piją wino. Wiem, że wielu jest świadomych ludzi na scenie i konkretnych punków. Więc też nie jest tak całkiem źle. Ostatnio graliśmy dużo koncertów na skłotach i zwłaszcza tam pojawia się publiczność inteligentna, która zwraca uwagę na to co się śpiewa i sama jest zaangażowana w różne pozytywne akcje. - I to jest moje kolejne pytanie. Bo zauważyłem, że albo w ogóle albo bardzo sporadycznie gracie na dużych koncertach typu „Punky reggae live”. Za to coraz częściej się pojawiacie na skłotach. Biorę nową płytę do ręki i też widzę pozdrowienia dla skłotersów. Czy to znaczy że ci teraz najbliżej właśnie do tego środowiska? - Myślę że tak. Tam jednak jest pewna świadomość. W tym co robię nie chodzi o te wielkie trasy czy duże koncerty za którymi nic nie idzie. Zależy mi na tym, żeby robić zamieszanie, które będzie ludzi zmuszać do refleksji, do tego żeby zmieniali swój sposób myślenia, a może nawet życia. Ja wiem że to górnolotnie brzmi, ale o coś takiego w tym właśnie chodzi. Musi być w mrowisko jakiś kij wsadzony. Ciężko to opisać kilkoma zdaniami. Mamy kawałek „Alternatywna droga”, który próbuje odpowiedzieć na to pytanie i jakoś to opisać. - Zdarza wam się grać na tych dużych imprezach? - Czasami gramy, niedawno graliśmy z Dezerterem - fajna impreza. Ale jakoś się tam nie pchamy. Więc jeśli się takie zdarzają to czemu nie, ale jednak widzę że nasze miejsce jest gdzie indziej. Musi być w tym też pewna świadomość, musi być przenoszone też coś oprócz muzyki. Muzyka musi nieść świadomość, to jest priorytet. Wiadomo że fajnie docierać do ludzi, fajnie kiedy jest ich dużo, ale ważne też żeby nie tracić gruntu pod nogami. Duża popularność często się z tym wiąże, że się traci korzenie. Granie na skłotach to jest też pewną konfrontacją poglądów, można się tam nimi wymienić. Zainspirować kogoś, ale i siebie. Skłoterskie spotkania to jest coś więcej niż tylko koncert. Bo tam jest konkretne działanie. Jest dla mnie ważne, żeby wspomagać to środowisko i nagłaśniać sprawy którymi się zajmuje. - A tak przy okazji. O ile pamiętam mówiłeś kiedyś że jesteś wege. Czy do tej pory? - Tak, jasne. To jest dla nas ważne. To jest jeden z istotnych punktów tego całego zmieniania świata.
- Powiedz mi coś o okładce Waszej nowej płyty. Jest na niej gość mający zamiar wysadzić Ziemię. Ten gość to taki kapitalista amerykański jakiego rysowano na plakatach propagandowych za najgorszej komuny. To jest oryginalny wasz pomysł, czy wzięliście go z takiego plakatu? - Ten schemat oczywiście pochodzi z takich karykatur, ale akurat rysunek jest zrobiony od podstaw dla nas przez naszego kumpla Kamila. Wymyśliliśmy takiego gościa wziętego z karykatur tamtych czasów, a także okresu międzywojennego. Wtedy też przecież takich gości rysowano. A w ostatnich latach czy wręcz ostatnich miesiącach takie karykatury okazują się zadziwiająco aktualne. Rola takich gości w tym co się ostatnio dzieje jest co najmniej niepokojąca. Wydaje się że goście nieźle doją nie zważając na nikogo i na nic. - Czyli ta okładka to jest potwierdzenie poglądu, że to bankierzy i finansiści spowodowali ten cały kryzys? - Oczywiście że tak. Bo któż by inny? Widać gołym okiem jak to pracuje. No chyba, że to jacyś kosmici, co zresztą też sugerujemy na tej okładce (śmiech). Ale na pewno narzędziem tych kosmitów była finansjera i korporacje. Nie trzeba być specjalnym wywrotowcem, żeby to widzieć. Ludzie na ulicy to mówią. Jeśli są państwa które bankrutują, to coś złego się dzieje. - Domyślam się że te latające talerze, które obok kapitalisty z okładki się pojawiają, mają coś wspólnego z kawałkiem „Marsjanie”? - Oczywiście, jak najbardziej. Teoria Marsjan oparta jest w pewnym sensie o książkę Piotra Szulkina i w ogóle polskie s/f lat 70/80. Z tych czasów jest sporo świetnej lektury. Szulkin, Edmund Wnuk-Lipiński… Oni pisali o sytuacjach, których analogii można się dziś dopatrzeć. Akurat w tym kawałku i na okładce nawiązujemy do „Wojna światów” Szulkina. Świetna książka, o tym że istnieje pewien system, którym rządzą Marsjanie, a ludzie potrzebni są tylko po to, żeby oddawać im krew. - Szulkin to ten który wymyślił Wam nazwę! Z jego filmu jest przecież „GA-GA”. - Jasne. Świetny jest ten film. Świetny jest też „Obi-Oba”, gdzie klasa rządząca zrzuca ludziom zamuloną papkę. Wpadli na pomysł, żeby mielić książki na taką papkę, bo nie ma nic innego do jedzenia. W tych filmach i książkach jest sporo z naszej rzeczywistości współczesnej.
- Jak brzmi i co oznacza twoje krisznowskie imię? - Madhumangal i to jest dość mało punkowe bo oznacza słodycz i pomyślność. Generalnie to taka osoba która jest bliskim przyjacielem Kriszny. - A co Twoi krisznowscy zwierzchnicy duchowi, bo chyba jacyś tam są, myślą o twoim zespole i tym co śpiewasz? - Co ciekawe jest aprobata. Wydaje mi się że potrafię do pewnego stopnia funkcjonować w obu tych światach naraz. Krysznaitą do pewnego stopnia może być każdy. No może ciężko byłoby być krysznaitą i rzeźnikiem, ale poza tym może nim być niemal każdy. Tak więc można być punkiem i można być aprobowanym w środowisku Kriszny. Ono jest tolerancyjne i otwarte. Czuję, że jestem na styku tych dwu światów jako łącznik. - Jaki oni mają stosunek do używek, alkoholu, narkotyków? - Tu jest konkretne stanowisko. Krisznaici powinni przestrzegać czterech zasad. Nie jeść mięsa, ryb i jajek. Nie toksykować się w żaden sposób, a więc zrezygnować z papierosów, alkoholu, marihuany, a nawet z kawy i herbaty. Choć powiem, że zdarza mi się pić kawę. Co jeszcze? Zero nielegalnego, czyli pozamałżeńskiego seksu i zero hazardu, żeby nie niepokoić umysłu. Oczywiście są różne standardy. Nie ma takich rygorów, że do świątyni nie może wejść osoba która je mięso lub pali papierosy… Ale nawet jak ktoś praktykuje zwyklą jogę, to i tak musi przyjąć te zasady żeby łatwiej wejść w praktyki jogi, czyli uspokoić umysł. - I mówisz że oprócz tej kawy, wszystkich tych reguł przestrzegasz? - Tak.
- Na Przystanku Woodstock, na wiosce krisznowskiej jesteś co roku i chyba nawet występujesz tam kilkakrotnie podczas każdego festiwalu? - Ostatnio i rok temu zagraliśmy tylko jeden koncert, ale był taki moment kiedy faktycznie graliśmy prawie codziennie. Grały tylko krisznowskie zespoły i nie było ich zbyt dużo. Teraz gra więcej zespołów więc to nie ma sensu. - To nie musi być specjalnie zły zwyczaj, bo kiedyś widziałem dzięki temu trzy koncerty Sheltera pod rząd… Ale moje pytanie jest takie: Czy kiedy tam grasz jako pewnego rodzaju gospodarz tej wioski krisznitów, to masz intencje żeby nawrócić młodych ludzi którzy tam przychodzą? - Trudno powiedzieć o intencjach. I tak i nie. To jest bardziej informacja. Koncert to jest koncert. Jest tam też dobra wibracja, wielkie kolejki do wegetariańskiego jedzenia i rewelacyjny nastrój. Mój wkład w tę imprezę jest spory, bo oprócz tego że gram koncerty i je zapowiadam, to przez ostatnie dwa lata uczestniczę też w namiocie „Pytania i odpowiedzi”. Każdy może tam przyjść i zapytać - tak jak mówiłem tam ze sceny: „pytania i odpowiedzi - co krisznowcom w głowie siedzi”. Wiele osób jest zainteresowanych wiedzą wedyjską i chciałoby sobie wyrobić jakiś pogląd, a ja w pewnym stopniu chciałbym przyczynić się do rozpowszechniania tej wiedzy. - No to mam pytanie od razu. Czy to prawda że potrawy krisznowskie są tak praco- i czaso-chłonne, żeby kobiety nie miały już czasu na nic innego? - (śmiech). Pierwsze słyszę. Oczywiście że nie. Zwłaszcza na Woodstocku gdzie gotują sami faceci, bo to są potężne ilości, wielkie gary i dziewczyny wymiękają. Generalnie to mężczyźni bardzo dużo gotują.
- Mam taką ciekawostkę. Mianowicie podobno Twój „skalp” wisi na u kogoś na ścianie. Czyżby jako trofeum? - No tak… Ale nie jako trofeum. Daj spokój. Jako nie wiem… prezent. To pewnie Tomek Baran znany z zespołu Agnostic Mantra. Taki poeta-malarz awangardowy. Obcinałem włosy u niego i mu te dredy zostały. - Jeszcze ciekawszą historie słyszałem o tym jak dawno, dawno temu, Twój obecny wydawca i kolega, chciał Cię chyba zniechęcić do śpiewania i wyrzucił ze sceny! Mógłbyś to opowiedzieć? - (śmiech). To jest ciekawa historia, bo to był mój debiut sceniczny na wyjeździe. Jarocin, rok musiał być pewnie 1985. Ekipy chodziły wte i we wte po mieście. A ja gdzieś tam się z wrocławską załogą bujałem, w której Melon był jak najbardziej szefem. Zaniosło nas na Małą Scenę… To było w nocy, więc mało ludzi, bo wszyscy byli na koncercie na Dużej Scenie. Jakiś tam zespolik sobie grał na tej małej scenie. Nie wiem już czy bardziej siłą czy perswazją, ale ten zespolik pozwolił nam zagrać na ich instrumentach. No i Melon zaczął ustawiać na poczekaniu skład. „Kto tam gra na basie?”, „kto na perkusji”, a jak padło „kto śpiewa?”, to ktoś z moich kumpli z Jawora krzyknął, że „Smalec”. Wypchnięto mnie więc do tego mikrofonu, a dla mnie to był szok, że na scenie i że na tej scenie odsłuchy… Nigdy na czymś takim nie śpiewałem, nie wiedziałem jak to działa. No i coś tam próbowałem, bodaj „Wszyscy pokutujemy” Sedesu. Ale chyba bardzo krzywo wychodziło i nie wiedziałem kiedy wchodzić z wokalem. No i Melon jak to usłyszał to mnie stamtąd wywalił. „Spadaj, nie nadajesz się”. Oczywiście wszystko to wirze imprezy i zamieszania. Musiało być śmiesznie. - Ważne, że nie wziąłeś sobie za bardzo do serca. Dzięki za wywiad.
|